Jego twórczość zachwyca nie tylko publiczność, ale również krytyków i ekspertów z branży.  Słynie z ogromnej skromności, mądrych tekstów piosenek oraz głosu, który powoduje u słuchaczy gęsią skórkę. O kim mowa? Oczywiście o Dawidzie Podsiadło, który uraczył zgromadzoną w Filharmonii Podkarpackiej publiczność mieszanką doskonałej muzyki, wzruszeń oraz tak charakterystycznego dla siebie, nietuzinkowego humoru.

 

Uczestnicy sobotniego koncertu mogą nazwać się wielkimi szczęściarzami, gdyż bilety na to wydarzenie wyprzedały się w zawrotnym tempie. Zresztą podobnie było z wejściówkami na całą trasę „Wielkomiejski Tour”- rozeszły się w 3 minuty! Nic w tym dziwnego, ponieważ artysta jest obecnie jednym z najpopularniejszych wokalistów w Polsce. I co ciekawe nie osiągnął tego dzięki komercyjnym, dostosowanym do masowych gustów piosenkom. Wręcz przeciwnie, jego kompozycje są nie tylko doskonale wyprodukowane i brzmią bardzo intrygująco, ale też mają niezwykle mądre, dające do myślenia teksty oraz unikalny styl rozpoznawalny dosłownie po kilku dźwiękach.

Rozglądając się po sali nietrudno było zauważyć, że nie jest on jedynie idolem młodzieży. Posłuchać Dawida na żywo przyszli przedstawiciele różnych grup wiekowych. Koncert składał się przede wszystkim z utworów pochodzących z ostatniej płyty wokalisty, czyli pokrytego poczwórną platyną „Małomiasteczkowego”. Nie zabrakło jednak starszych piosenek, które zaprezentowane zostały w zupełnie nowych aranżacjach. Już na samym początku zachwycił mnie utwór pt. „Bela”, w niezwykle urokliwej, pełnej wokalnych ozdobników wersji. Następnie zaś mogliśmy doświadczyć w pełni, jak kreatywnym i wrażliwym artystą jest Dawid.

 

Chociaż uznawany jest głównie za wykonawcę popowego, gatunek ten wybrzmiewał na sobotnim koncercie zdecydowanie najrzadziej. Mieliśmy więc akustyczną „Matyldę”, rockowy „Najnowszy klip”, doprawiony szczyptą folku „Dżins”, a także prawie 10-minutową, mocno rockową, okraszoną elektroniką wersję hitu „Nieznajomy”. Ostatni z wymienionych utworów swoim epickim wręcz zakończeniem spowodował, że publiczność nagrodziła artystów długą owacją na stojąco. Moim ulubionym momentem tego koncertu był jednak ten, w którym Dawid został na scenie sam.

Najpierw zaprezentował długi monolog pełen tak typowych dla niego, z pozoru tylko nieporadnych żartów, wywołując salwy śmiechu. Potem natomiast zaczarował wszystkich coverem utworu „Z nim będziesz szczęśliwsza” z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa oraz swoimi mniej znanymi, bardzo poruszającymi i smutnymi kompozycjami pt. „Elephant” oraz „Nie kłami”. Jestem pewna, że nie tylko w moich oczach pojawiły się wtedy łzy. Koncert zakończył się największymi hitami artysty, które porwały publiczność do tańca. Wspólnie zaśpiewaliśmy „W dobrą stronę”, „Nie ma fal” oraz „Małomiasteczkowego”.

 

Niezwykłego kolorytu nadały całości doskonale współbrzmiące głosy trzech chórzystek oraz dźwięki skrzypiec, na których grała jedna z nich. Dopełnieniem tego fantastycznego wokalnego kwintetu był jeden z moich ulubionych artystów – Patrick the Pan – od jakiegoś czasu występujący też jako instrumentalista w teamie Dawida. Nie mogę tu oczywiście pominąć swoich wrażeń związanych ze śpiewem gwiazdy wieczoru. Przez cały koncert towarzyszyła mi myśl, która pojawia się w mojej głowie na każdym jego występie: „Choć ciężko w to uwierzyć, brzmi jeszcze lepiej niż na płytach!”. Co więcej na pierwszy rzut oka widać, że nie tylko bardzo kocha muzykę, ale też zawsze stara się dać swojej publiczności coś interesującego, nieszablonowego oraz intymnego. I to pomimo zmęczenia mającego prawo pojawić się po 49-u koncertach.

 

Polecamy także inne artykuły z naszego działu Kultura:

Płyty idealne na wiosnę

Autor artykułu

Regina Łukasiewicz

Wszystkie wpisy autora