Po zwycięstwie Barcelony w pierwszym spotkaniu na Camp Nou tylko nieliczni stawiali swoje pieniądze na konia o imieniu Liverpool. Anglicy do awansu potrzebowali co najmniej czterech zdobytych goli, a przy tym nie mogli sobie pozwolić na stratę ani jednej bramki.

 

Zaczęli bardzo szybko, a kibicom Katalończyków przypomniały się demony zeszłorocznego spotkania przeciwko Romie i trafienie Edina Dżeko. Tym razem Alba bezsensownie usiłował wycofać piłkę głową w stronę ter Stegena, ale trafiła ona ostatecznie do Hendersona. Uderzenie Anglika obronił jeszcze niemiecki golkiper, ale przeciwko dobitce Origiego był bezsilny. Kolejne minuty to próba uspokojenia gry przez Blaugranę; Messi jeszcze dwukrotnie przed przerwą świetnie podawał – po razie do Alby i Coutinho – a także sam próbował zaskoczyć Alissona, ale obie ekipy do szatni schodziły z wynikiem 1:0. O ile jeszcze pierwsza połowa była dość wyrównana, tak druga to już całkowita deklasacja gości w wykonaniu gospodarzy.

The Reds, już z wprowadzonym na boisko Wijnaldumem, raz za razem gościli pod bramką ter Stegena. W pięćdziesiątej szóstej minucie rezerwowy Holender po raz pierwszy zaznaczył swą obecność, gdy znów futbolówkę stracił Alba, tym razem na rzecz Alexandra-Arnolda. Prawy obrońca Liverpoolu pociągnął skrzydłem i odnalazł kolegę z drużyny, którego nie zdołał upilnować aktywny tego dnia Arturo Vidal. Kibice gości nie zdążyli się otrząsnąć, a Wijnaldum zadał im kolejny cios, jeszcze boleśniejszy. Tym razem The Reds spokojnie rozegrali piłkę przed polem karnym Barcelony, co zaowocowało dośrodkowaniem Shaqiriego. Mierzący 175 centymetrów Holender wyskoczył nad zdezorientowany duet stoperów gości i piękną główką wyrównał stan dwumeczu.

To już całkowicie podłamało Dumę Katalonii, która wyglądała, jakby tylko czekała na wyrok. Ten nastał na kwadrans przed końcem po najbardziej kuriozalnym rzucie rożnym jaki miałem okazję widzieć. Alexander-Arnold błyskawicznie złożył się do dośrodkowania, gdy defensorzy Barcelony jeszcze ustawiali się we własnej szesnastce. Najprzytomniejszy okazał się Origi i zdobywając drugiego gola przypieczętował awans swojej drużyny – były to pierwsze trafienia w Lidze Mistrzów w karierze Belga. Co ciekawe, w ostatnich minutach to nie Barcelona, a Liverpool był bliższy kolejnych trafień, ale nie oglądaliśmy więcej bramek.

 

The Reds w pełni zasłużenie meldują się w finale po niesamowitej remontadzie. Po porażce w pierwszym spotkaniu, bez gola wyjazdowego i dwóch największych gwiazd zdołali całkowicie zdemolować na swoim stadionie mistrza Hiszpanii i w drugiej połowie nie pozostawili złudzeń co do tego, kto był lepszy. Przed końcem sezonu czekają ich jeszcze dwie najważniejsze batalie – ostatnia kolejka Premier League, w której zmierzą się z Wolverhampton i ostatnie starcie w Lidze Mistrzów. Barcelonę natomiast czeka gruntowne przemeblowanie, bo ile Katalończycy nie wygraliby pucharów krajowych, drugi z rzędu blamaż w Europie będzie tym, co jej kibice zapamiętają najbardziej z tego sezonu.

Statystyki:

Liverpool 4:0 Barcelona

45% – Posiadanie piłki – 55%

13 – Sytuacje bramkowe – 8

7 – Strzały na bramkę – 5

3 – Strzały niecelne – 2

11 – Rzuty wolne – 13

7 – Rzuty rożne – 6

1 – Spalone – 2

5 – Interwencje bramkarzy – 3

12 – Faule – 9

2 – Żółte kartki – 3

0 – Czerwone kartki – 0

Polecamy także inne artykuły z naszego działu Sport:

Ćwierćfinałowe pary Ligi Mistrzów – krótkie podsumowanie

Autor artykułu

Paweł Paczocha

Wszystkie wpisy autora