Drugiego maja Lech Janerka świętował sześćdziesiąte szóste urodziny. Na dzień przed nimi wystąpił wraz z zespołem w rzeszowskim klubie Vinyl, a przebieg koncertu mocno mnie zdziwił. Nie tylko dlatego, że lokal pękał w szwach, mimo że artysta swą ostatnią studyjną płytę wydał czternaście lat temu, ale też przez przekrój publiki – mimo, że Lech Janerka szczyt popularności osiągnął w latach osiemdziesiątych, większości zebranych fanów, w tym mnie, nie było jeszcze wtedy nawet na świecie!

 

Występ podzielony był na dwie części. W pierwszej z nich Janerka – basista i wokalista, jego żona grająca na wiolonczeli, gitarzysta i perkusista skupili się na przełomowym, pierwszym wydawnictwu w karierze gwiazdy wieczoru, czyli albumie zespołu Klaus Mittfoch o takim samym tytule. Cały koncert rozpoczął się od dłuższego niż w wersji płytowej wykonania intro pt.: “Śpij aniele mój”, a następnie mieliśmy okazję bawić się do większości utworów z tego albumu. A trzeba przyznać, że nagłośnienie było świetne, a sam Janerka wyprawiał cuda na gitarze basowej, wręcz hipnotyzując zebraną publikę.

Po umownej, trwającej kilka sekund, przerwie, nastąpiło przejście do drugiej części występu, której lwią część stanowiły wykonania utworów z pierwszej solowej płyty artysty, czyli “Historii podwodnej”, choć nie zabrakło także nowszych piosenek, takich jak hitowy “Rower”, a na bis Janerka powrócił do albumu “Klaus Mitffoch” z utworem “Ogniowe strzelby”. Po raz kolejny okazało się, że muzykę ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach, bo przed wejściem do klubu nigdy nie pomyślałbym, że zebraną publikę stanowić będą nie równolatkowie moich rodziców, ale moi, którzy w dodatku znać będą każdy tekst i bawić się od pierwszej do ostatniej piosenki.

Polecamy także inne artykuły z naszego działu Kultura:

Studenci politechniki przejmują miasto – zapowiedź 26. edycji Rzeszowskich Juwenaliów

Autor artykułu

Paweł Paczocha

Wszystkie wpisy autora