We wtorek czekał nas angielski pojedynek rozpędzonego Manchesteru City, który jechał na nowy stadion Tottenhamu, by wywieźć stamtąd pozytywny rezultat, a w drugim z meczów faworyzowany Liverpool podejmował u siebie Porto. Smoki w zeszłym sezonie musiały przyjąć na Anfield aż pięć bramek.

 

W starciu Kogutów z Obywatelami zdecydowanym faworytem byli podopieczni Guardioli. Ostatni raz przegrali – licząc wszystkie rozgrywki – z Newcastle 29 stycznia. Od tamtej pory zdołali powrócić na szczyt tabeli Premier League, wygrać Carabao Cup i zameldować się w finale Pucharu Anglii. Tottenham natomiast notuje spore wahania formy. Gracze Pochettino na ostatnich dziesięć spotkań zwyciężyli zaledwie pięciokrotnie, cztery razy przegrywając i raz remisując. Na korzyść Kogutów wskazywała euforia związana z nowo otwartym Tottenham Hotspur Stadium, a także świadomość, że drużynom Guardioli od wielu lat nie wiedzie się w fazie pucharowej Ligi Mistrzów, a Manchester City, miażdżąc jednego rywala za drugim na Wyspach, w rozgrywkach europejskich zazwyczaj wygląda na speszonego uczestnika zaledwie aspirującego do miejsca w światowym topie. Angielscy eksperci zapowiadali prawdzie starcie dla koneserów, w których najważniejsza okaże się taktyka i niwelowanie atutów swych rywali.

I nie pomylili się, bo fajerwerków we wtorkowym starciu było jak na lekarstwo. Na początku spotkania to jednak Obywatele wyglądali na zmotywowanych do udowodnienia swojej wartości i starali się jak najszybciej objąć prowadzenie. W dziesiątej minucie Sterling ruszył w jeden ze swoich firmowych rajdów i uderzył na bramkę. Strzał zablokował Rose i jak pokazały powtórki zrobił to ręką. Po wideoweryfikacji sędzia postanowił wskazać na jedenasty metr od bramki. Do rzutu karnego podszedł Aguero i… uderzył fatalnie. Lloris z łatwością odczytał zamiary Argentyńczyka i obronił strzał na wysokości jego kolana. To sprawiło, że z gości zeszło powietrze, a Koguty mocniej uwierzyły w siebie. Mecz przeniósł się mocniej do środka pola, choć jeszcze przed przerwą gospodarze zmarnowali kilka niezłych sytuacji.

Tuż po zmianie stron to Obywatele mieli jednak świetną okazję do objęcia prowadzenia, ale Sterling kiepsko przyjął futbolówkę, przez co został zmuszony do uderzenia słabszą, lewą nogą, które obronił Lloris. Wraz z ubiegiem czasu coraz bardziej przebudzał się duet Eriksen-Son, a Koreańczyk zaliczył kilka naprawdę niezłych prób z nieoczywistych pozycji. W pięćdziesiątej piątej minucie fani Tottenhamu patrzyli z przerażeniem, jak ich kapitan, Harry Kane, pada po starciu przy linii bocznej z Delphem. Po kilku chwilach angielski napastnik opuścił boisko, a w wypowiedzi pomeczowej Pochettino przyznał, że prawdopodobnie nie zagra już do końca sezonu.

 

Rzecz jasna Kane jest najważniejszym elementem układanki ofensywnej Kogutów i jego strata z pewnością odbije się im jeszcze czkawką w tym sezonie, ale w spotkaniu z Manchesterem City jego koledzy grali coraz lepiej i dopięli swego na dwanaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Eriksen świetnie podciął piłkę do Sona, Koreańczyk utrzymał futbolówkę w boisku przy linii końcowej, minął Delpha i huknął z całej siły. Ederson nie miał szans przy tak mocnym strzale i gospodarze prowadzili 1:0. Manchester City nie przebudził się już do ostatniego gwizdka i schodził z boiska pokonany.

Oczywiście przed nimi jeszcze rewanż u siebie i znając perfekcjonizm Guardioli, wyjdą nań idealnie przygotowani, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Obywatele byli tego dnia… nieśmiali. Bali się atakować większą ilością graczy, nie podejmowali ryzyka i zapłacili za to wysoką cenę. Koguty natomiast mają co świętować, ale muszą pamiętać, że do awansu jeszcze długa, dziewięćdziesięciominutowa droga, tym cięższa, że ruszą w nią bez swojego kapitana.

W Liverpoolu tego typu emocji było mniej. Od pierwszych minut widać było, kto jest wyraźnym faworytem, choć gospodarze, świadomi, że powinni uniknąć straconej bramki nie ruszyli bezmyślnie do przodu. Już w piątej minucie Milner świetnie uruchomił podaniem z własnej połowy Mane, ten przetransportował piłkę do Firmino, a Brazylijczyk wycofał ją na skraj pola karnego do Keity. Gwinejczyk nie namyślał się długo i huknął, a jego strzał, odbity jeszcze od Torresa, zatrzepotał w siatce Casillasa. Pomocnik Liverpoolu kontynuuje okres dobrej formy strzeleckiej po tym, jak w zeszły weekend zdobył swego pierwszego gola w barwach The Reds w starciu z Southampton. W kolejnych minutach Liverpool spokojnie prowadził grę kreując kilka ciekawych akcji ofensywnych, ale na podwojenie prowadzenia czekaliśmy aż do dwudziestej szóstej minuty.

 

Wówczas Henderson świetnym prostopadłym podaniem odnalazł Alexandra- Arnolda, młody Anglik zagrał wzdłuż bramki do czyhającego już tam Firmino, a Brazylijczyk z łatwością skierował piłkę do siatki. Od tamtej pory The Reds skupili się na zapobiegnięciu utraty gola, a defensywa ekipy z Anfield spisywała się bardzo dobrze, choć nie uniknęliśmy kontrowersji. Jeszcze w pierwszej połowie Alisson po interwencji trafił piłką w ramię Alexandra-Arnolda, a zawodnicy Smoków domagali się rzutu karnego, jednak sędzia Lahoz nie zdecydował się na taką decyzję. Tu jednak mogliśmy mówić jeszcze o okolicznościach łagodzących i z pewnością można znaleźć argumenty broniące wyrok hiszpańskiego arbitra.

Ciężko jednak to zrobić widząc okropny faul Salaha na Danilo, gdy Egipcjanin nadepnął na goleń portugalskiego pomocnika. Skrzydłowy Liverpoolu powinien wówczas zobaczyć czerwoną kartkę, ale Lahoz nie użył nawet gwizdka. Pomimo tego to The Reds byli stroną dominującą w spotkaniu, a Alisson musiał interweniować jedynie raz po strzale Maregi i wydaje się, że choć Smoki dużo lepiej prezentują się na własnym stadionie, to mogą już powoli pogrzebać marzenia o awansie do półfinału Ligi Mistrzów.

Polecamy także inne artykuły z naszego działu Sport:

Piątek przegrywa pierwsze spotkanie w barwach Milanu. Inter lepszy w elektryzujących derbach!

Autor artykułu

Paweł Paczocha

Wszystkie wpisy autora